Blog

Blog (14)

This is the latest new from us.

You can edit this description in the Content Category Manager.

This will show the most recent article. You can easily change it to show more if you wish.

The module on the left shows a list of older articles.

niedziela, 16 lipiec 2017 20:22

Kiedy przyszli...nie protestowałem*

Napisał

Od 3 dni wszyscy piszą, mówią i demonstrują w temacie Sądu Najwyższego i podejrzanej nowelizacji planowanej przez rządzący PiS. W w większości osoby te nie mają większego pojęcia czym zajmuje się Sąd Najwyższy i jakie są jego faktyczne uprawnienia. Jeszcze bardziej anonimowa dla społeczeństwa jest I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf. Dla mnie anonimowa nie jest, gdyż zdarzyło mi się przegrać sprawę, w której Pani profesor orzekała. Nie chciałbym jednak podążać logiką dzisiejszej władzy i zapisawszy się do PiS-u pomagać w usuwaniu niewygodnych sędziów z Sądu Najwyższego.

Akurat to, że społeczeństwo nie zna dokładnych prerogatyw Sądu Najwyższego dziwne nie jest. Trudno wymagać od obywatela wiedzy z jakich izb składa się Sąd Najwyższy i dlaczego skarga kasacyjna objęta jest przymusem adwokacko-radcowskim. Dla nieprawnika jest to prawnicza nowomowa. I dobrze.

Ważna dla obywatela jest jednak świadomość, że na szczycie wymiaru sprawiedliwości taki sąd czuwa nad systemem prawnym RP. Nie zawsze z dobrym skutkiem, jednak w działaniach absolutnie (!) każdej instytucji można dopatrzyć się jakichś nieprawidłowości i odstępstw od normy. Nie trzeba jednak burzyć ścian domu by naprawić nieszczelne okna. Chodzi więc o skalę faktycznie potrzebnych działań naprawczych w wymiarze sprawiedliwości. Podjęte przez PiS środki są niewspółmiernie wysokie w stosunku do faktycznych nieprawidłowości w działaniach wymiaru sprawiedliwości.

Co jest w tej chwili istotne? Z punktu widzenia społeczeństwa ważny jest stopień ogólnoobywatelskiego nieposłuszeństwa względem planów PiS-u dotyczących zdeformowania wymiaru sprawiedliwości (nawet nie można powiedzieć, że rządu, bo przecież projekt został złożony jako projekt poselski, a nie projekt rządowy). Budujące jest to jaka jest skala społeczenego oburzenia na tryb wprowadzenia i zakres proponowanych zmian. Może wbrew rządzącym uda się w końcu stworzyć w Polsce społeczeństwo prawdziwie obywatelskie? Kto wie.

Jakie może być państwo bez niezależnego wymiaru sprawiedliwości? Jakie skutki może mieć sytuacja, w której różne grupy osób nie będą podlegały ochronie sądowej? Z punktu widzenia środowiska LGBT najbardziej drastycznym przykładem legalnego bezprawia jest Czeczenia rządzona przez pupila Kremla Ramzana Kadyrowa. Zgodnie z uchwalonymi kilka lat temu przepisami zakazane w Federacji Rosyjskiej jest "promowanie" homoseksualizmu. Na polskich portalach prawicowych i neofaszystowskich (często znaczy to niestety to samo) można znaleźć liczne zachwyty nad rozwiązaniami rosyjskimi. Jestem przekonany, że część polskich polityków przyklasnęłaby podobnym rozwiązaniom w Polsce, mimo tego, że to właśnie II Rzeczpospolita już w 1932 - jako europejski pionier - zniosła karalność homoseksualizmu.

Natomiast w 2017 roku cały świat obiegły przerażające informacje o torturach, zgonach i prześladowaniach osób LGBT przez legalną władze w Czeczenii.

Nie znalazł się żaden sąd, żaden trybunał, który ochroniłby dyskryminowaną mniejszość i nakazał zaprzestanie czystek. Upolityczniony wymiar sprawiedliwości nie ma instrumentów i woli by zająć się prześladowanymi osobami.

Czy aż tak daleko by w pewnym momencie i w Polsce fanatycy przepchnęli ustawę zakazującą homoseksualizmu, transseksualizmu, głoszenia nieprawomyślnych poglądów obyczajowych? Być może i daleko. Wolałbym jednak nie zgadywać i mieć pewność, że niezależny Sąd Najwyższy albo Trybunał Konstytucyjny zablokują w krytycznym momencie przepisy godzące w prawa człowieka. Jeżeli społeczeństwo teraz nie stanie murem przeciwko chorym zmianom, wówczas możemy mieć w Polsce Czeczenię. Teraz może to się wydawać political fiction, jednak historia zna przypadki niewinnie zaczynających się katastrof.

Jak narazie nasi rządzący zachwycają się kazusem Turcji. W 2016 roku na fali rosnącej homofobii w Turcji zabito znaną aktywistkę LGBT. W tym kierunku powoli dryfuje nasz kraj. Powoli, jednak kurs został już obrany.

* Tytuł wpisu pochodzi z napisanego w obozie koncentracyjnym w Dachau wiersza niemieckiego pastora Martina Niemoellera:

"Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem.
  Nie byłem przecież socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było."

 

W relacjach pracodawca-pracownik można odnaleźć wiele potencjalnych pól zagrożeń związanych z uwypukleniem faktycznej nierówności pomiędzy stronami stosunku pracy. Trudno nie zgodzić się z faktem, że to pracodawca posiada argumenty mogące na dłuższy czas uprzykrzyć życie pracownikowi.

Niekiedy mają miejsce niedopuszczalne z punktu widzenia prawa kryteria dyskryminacyjne skutkujące nierównym traktowaniem niektórych pracowników. Jednym z takich kryteriów jest także orientacja seksualna. Kodeks pracy wprost przewiduje, że:

„Jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia, w szczególności ze względu na płeć, wiek, niepełnosprawność, rasę, religię, narodowość, przekonania polityczne, przynależność związkową, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientację seksualną, a także ze względu na zatrudnienie na czas określony lub nieokreślony albo w pełnym lub w niepełnym wymiarze czasu pracy - jest niedopuszczalna.”

Dyskryminacja może objawiać się w wielu aspektach relacji pracodawca-pracownik. Może dotyczyć przyjęcia pracownika do pracy, zwolnienia z pracy, pomijania w awansach, wyłączenie z grona pracowników, którzy otrzymują premie, nagrody czy szkolenia pracownicze.

Jest to niedopuszczalne, gdyż pracownicy powinni być równo traktowani w zakresie nawiązania i rozwiązania stosunku pracy, warunków zatrudnienia, awansowania oraz dostępu do szkolenia w celu podnoszenia kwalifikacji zawodowych bez względu na orientację seksualną.

Wielu polskich pracodawców w sposób świadomy stosuje reguły prawa pracy i nie dopuszcza do stosowania kryteriów dyskryminacyjnych w swoich firmach. Jest to obowiązek pracodawców, gdyż w prawie pracy ustawodawca nałożył na pracodawcę obowiązek przeciwdziałania dyskryminacji. Obowiązek ten może być realizowany poprzez wdrażanie przez pracodawcę regulaminów pracy, organizowanie szkoleń czy udział w rozwiązywaniu sporów, których tłem jest stosowanie przez przełożonych (lub innych pracowników) niedopuszczalnej dyskryminacji z uwagi na orientację seksualną.

Co jeżeli doszło do dyskryminacji ze względu na orientację seksualną?

To zależy. Jeżeli pracownik jest dyskryminowany przez współpracownika (np. bezpośredniego przełożonego), wówczas wystarczające może się okazać zwrócenie pracodawcy uwagi na ten fakt. Niekiedy reprymenda dla dyskryminującego pracownika może zakończyć stosowanie niedozwolonych praktyk.

Jeżeli pracodawca dyskryminuje osobę homoseksualną, to sytuacja wydaje się cięższa. Może to oznaczać konieczność udania się do sądu z pozwem o odszkodowanie. Zgodnie z przepisami, „osobie wobec której pracodawca naruszył zasadę równego traktowania w zatrudnieniu, ma prawo do odszkodowania w wysokości nie niższej niż minimalne wynagrodzenie za pracę.”

Wysokość minimalnego odszkodowania może nie powala na kolana, ale jest to dolna granica. Górnej przepisy nie określają. Czasami warto zawalczyć.

W niepewnych czasach Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok, który może świadczyć o tym, że nadal prawo międzynarodowe, prawa człowieka i dobra konstytucyjne pozostają ważnymi czynnikami przy kształtowania orzecznictwa sądowego

Wbrew pozorom sprawa nie dotyczy tylko środowiska LGBT, ale jest ważnym sygnałem dla wszystkich osób, które nie szkodząc innym, chcą podejmować własne decyzje życiowe i rodzinne. Nie bacząc przy tym na obowiązujące w kraju trendy polityczne. Władza częściej ulega zmianie niż niektóre decyzje o charakterze czysto życiowym, rodzinnym.

Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok, w którym osoba będąca obcokrajowcem (Chilijczykiem) złożyła wniosek o zezwolenie na nabycie nieruchomości znajdującej się w Polsce. Cudzoziemiec zawarł – w myśl prawa brytyjskiego – związek partnerski z obywatelem polskim. Uzyskał też prawo pobytu w Wielkiej Brytanii. W postępowaniu o nabycie nieruchomości przez cudzoziemca trzeba – pisząc w skrócie – wykazać związek cudzoziemca z Polską. Nie ma większych wątpliwości, że związek taki można osiągnąć poprzez zawarcie małżeństwa z obywatelem polskim.

Minister Spraw Wewnętrznych (żeby oddać sprawiedliwość i nie zostać posądzonym o określone sympatie polityczne – w rządzie Platformy Obywatelskiej i PSL-u) wydał decyzję odmawiającą prawa nabycia nieruchomości uzasadniając to faktem, że związek partnerski nie może być traktowany tak samo jak małżeństwo. Decyzję podtrzymał Wojewódzki Sąd Administracyjny (pierwsza instancja sądownictwa administracyjnego).

Skargi kasacyjne od wyroku złożyli cudzoziemiec oraz Rzecznik Praw Obywatelskich. W skargach zarzucono naruszenie szeregu przepisów prawa tak krajowego (ustawy z dnia 24 marca 1920 roku o nabywaniu nieruchomości przez cudzoziemców) jak i międzynarodowego (Europejska Konwencja Praw Człowieka i Podstawowych Wolności).

Naczelny Sąd Administracyjny uchylił wyrok i decyzję ministra argumentując obszernie, że sprawa nie została wystarczająco zbadana. Sąd stwierdził jednak, że „Pozostawanie we wspólnym pożyciu przez wiele lat, istnienie więzi uczuciowej, fizycznej oraz gospodarczej, niezalegalizowanej małżeństwem może prowadzić do powstania związków z krajem pochodzenia partnera.”

Co wynika z tego wyroku? O bliskości cudzoziemca z Polską mają zatem świadczyć okoliczności związku, a nie jego formalna nazwa i płeć osób w nim pozostających. Oczywiście wysilając umysły niektórzy podniosą larum, że to atak sił gender i śmierć cywilizacji zachodu. Trudno jednak powiedzieć coś innego niż to, że sąd wydał mądry i rozsądny wyrok.

W dniu dzisiejszym ruszyła tzw. Śląska Platforma Przeciw Nienawiści. Inicjatorem pomysłu jest pełnomocnik Wojewody Śląskiego do spraw Równego Traktowania. Wśród przedstawicieli władzy publicznej uczestniczących na inauguracyjnym spotkaniu byli m.in. pełnomocnik Rzecznika Praw Obywatelskich, pełnomocnik Komendanta Miejskiego Policji, Wojewódzki Kurator Oświaty.

Pomysł jak najbardziej słuszny. Natomiast czy idea okaże się strzałem w dziesiątkę, czas pokaże. Wiele zależy od organizacji pozarządowych, ale również od aktywności władz i chęci realizowania postulatów antydyskryminacyjnych.

Nie wiadomo również czy przetasowania kadrowe nieodłącznie wiążące się z niedawnymi wyborami parlamentarnymi nie ostudzą zapału władzy publicznej do przeciwdziałania mowie nienawiści.

Natomiast pewnym jest to, że jeżeli dana osoba spotka się z mową nienawiści, może skorzystać z pomocy oferowanej przez nasze Stowarzyszenie. Jeżeli dotknęła Cię mowa nienawiści, napisz e-mail na adres: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Możesz także pojawić się ze swoim problemem na dyżurze prawniczym organizowanym cyklicznie przez Stowarzyszenie (harmonogram na stronie).

poniedziałek, 20 lipiec 2015 20:52

Drugie czytanie projektu ustawy o uzgodnieniu płci

Napisał

W dniu 21 lipca 2015 roku w Sejmie ma się odbyć drugie czytanie projektu ustawy o uzgodnieniu płci. Autorem projektu jest posłanka Anna Grodzka.

Projekt został zgłoszony już dosyć dawno i wydawało się, że na trwale utknie w sejmowej "zamrażarce". Natomiast dośc nieoczekiwanie pojawiła się szansa na uchwalenie tej ważnej społecznie ustawy.

Wśród założeń projektu jest zmiana trybu postępowania w sprawie zmiany płci. W obecnym stanie prawnym konieczne jest wytoczenie przeciwko rodzicom lub kuratorowi powództwa cywilnego o ustalenie przynależności do płci innej aniżeli metrykalna. Jest to rozwiązanie dość prowizoryczne.

Po zmianach, zmianą płci nadal zajmowałby się sąd. Natomiast samo postępowanie miałoby charakter nieprocesowy (podobnie jak np. sprawy wieczystoksięgowe). Na pewno byłoby to zniesienie jednej z dyskryminujacych mniejszości barier. Zobaczymy.

Po wydaniu przez Sąd Najwyższy wyroku legalizującego w całych Stanach Zjednoczonych istnienie małżeństw homoseksualnych, można było się spodziewać negatywnych reakcji ze strony silnych w USA środowisk konserwatywnych.

Część polityków zapowiedziała walkę o zmianę prawa i uznanie uprawnień poszczególnych Stanów do regulowania tej materii we własnym zakresie. 

Oczywiście każdy ma swoje przekonania i nie powinno się odmawiać konserwatystom praw do ich wyrażania. Trudno wyobrazić sobie prawdziwie demokratyczne państwo bez poszanowania dla zasad politycznego pluralizmu. Ważne żeby własne przekonania były szerzone w sposób szanujący poglądy innych grup.

"Zawsze uważałem, że małżeństwo jest instytucją między jednym mężczyzną i jedną kobietą, ale Sąd Najwyższy orzekł inaczej. To jest teraz prawo tego kraju."

Powyższe zadanie wypowiedział konserwatywny senator Mitch McConell. I w tym tkwi zasadnicza różnica pomiędzy politykami, a osobami udających prawdziwych mężów stanu. W naszym państwie większe znaczenie słusznie przypisuje się tym drugim.

W Polsce, pozamerytoryczna krytyka orzeczeń sądów czy Trybunału Konstytucyjnego jest narzędziem stosowanym w walce politycznej. Znany jest przypadek sędziego Tulei czy kazus skazującego wyroku dla Mariusza Kamińskiego.

Sędziowie i wyroki poddane zostały surowej krytyce. W tych sprawach nikt z krytyków nie interesował się jednak stanem prawnym, który był podstawą wydawania wyroków. Ataki miały charakter polityczny, personalny.

Szacunek dla prawa jest fundamentem, który w Polsce nie został podłożony pod konstrukcję państwa.

Czy uda się ten fundamentalny szacunek zbudować? Nie byłbym w tym zakresie optymistą. Wiadomo - winter is coming.

 

 

 

 

poniedziałek, 29 czerwiec 2015 21:46

Powiew normalności zza Oceanu

Napisał

W ubiegłym tygodniu polskie media obiegła informacja o zrównaniu przez amerykański Sąd Najwyższy związków osób homoseksualnych z małżeństwami zawieranymi pomiędzy osobami różnej płci. Od tej pory przepisy nie będą mogły różnicować w zakresie praw i obowiązków małżeństw wyłącznie na podstawie płci osób tworzących związek.

Sędzia Anthony Kennedy podkreślił w uzasadnieniu, że „małżeństwo jest konstytucyjnym prawem każdego człowieka i nie ma bardziej fundamentalnego związku pomiędzy dwojgiem ludzi” (źródło: www.polityka.pl). Nic dodać nic ująć.

W III ( a niebawem być może ponownie w IV) RP do takiej liberalizacji prawa jeszcze daleko. Nie zanosi się również na zwyczajne wprowadzenie regulacji dotyczącej chociażby związków partnerskich.

Zdaje się, że dwoje kochających się ludzi chcąc usankcjonować swój związek nadal będzie zmuszone uprawiać prawniczą ekwilibrystykę i za pośrednictwem notariusza próbować zbliżyć status związku do mniej lub bardziej akceptowalnego statusu. Parafrazując klasyka: na wschodzie bez zmian.

poniedziałek, 20 kwiecień 2015 19:44

Małżonek i dzieci osoby transseksualnej w procesie

Napisał

Na blogu o prawach pacjenta umieściłem niedawno wpis dotyczący obowiązku wskazania w procesie o ustalenie płci rodziny osoby transseksualnej. Poniżej link do artykułu.

http://blogoprawachpacjenta.com.pl/konieczny-udzial-malzonka-i-dzieci-w-procesie-o-ustalenie-plci/

środa, 08 kwiecień 2015 19:33

Mowa nienawiści w stosunku do osób LGBT

Napisał

Wiele osób dotkniętych dyskryminacją nie zdaje sobie sprawy z faktu, że polski system prawny przewiduje możliwość pociągnięcia do odpowiedzialności karnej za tzw. mowę nienawiści. Nie jest to proste gdyż polska ustawa karna nie przewiduje wszechstronnej odpowiedzialności sprawcy za szerzenie nienawiści lub publiczne znieważanie ze względu na orientację seksualną czy tożsamość płciową.

Dotychczasowa redakcja przepisów karnych dotyczących dyskryminacji (art. 119 kk), propagowania faszyzmu lub innego ustroju totalitarnego ( art. 256 kk) lub rasizmu (art. 257 kk) nie dotyczy bowiem grup osób pokrzywdzonych z uwagi na swoją seksualność. Powszechniej uregulowana jest natomiast mowa nienawiści z powodów rasowych czy wyznaniowych.

Pomimo inicjatyw organizacji pozarządowych, do dnia dzisiejszego nie udało się wprowadzić do polskiego kodeksu karnego przepisów regulujących tę kwestię. Władze państwowe twierdzą bowiem, że inne przepisy wystarczająco chronią osoby LGBT przed przestępstwami spowodowanymi mową nienawiści.

Czym jest mowa nienawiści?

Według Rady Europy „Mowa nienawiści obejmuje wszelkie formy wypowiedzi, które szerzą, propagują czy usprawiedliwiają nienawiść rasową, ksenofobię, antysemityzm oraz inne formy nienawiści …”

Jeżeli zatem w przepisach brak odpowiednich narzędzi prawnych, skorzystać należy z tego co oferuje obowiązujący stan prawny. W przypadku bezpośredniego naruszenia spowodowanego mową nienawiści, zastosowanie mogą znaleźć przepisy dotyczące groźby karalnej (art. 190 kk) oraz zniesławienia i zniewagi (art. 212 i 216 kk).

W przypadku groźby karalnej (np. grożenie pobiciem z powodu tożsamości płciowej) warto rozważyć złożenie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

Sąd Najwyższy w jednym z wyroków stwierdził, że „Dla bytu przestępstwa nie jest konieczne stwierdzenie obiektywnego niebezpieczeństwa realizacji groźby, tj. tego, czy sprawca miał rzeczywisty zamiar jej spełnienia ani też tego, czy miał faktyczne możliwości jej spełnienia. Ważny jest jedynie subiektywny odbiór tej groźby u pokrzywdzonego, tj. to, czy faktycznie wzbudziła ona u niego obawę spełnienia, tj. wywołała uczucie strachu lub zagrożenia”

Zawiadomienie takie może zostać złożone do protokołu na komisariacie Policji. Można również złożyć pisemne zawiadomienie, w którym dokładnie powinno opisać się całe zdarzenie. Wadą tego przepisu jest to, że przestępstwo musi dotyczyć konkretnego pokrzywdzonego. Nie można skutecznie złożyć zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z powodu groźby skierowanej do ogółu osób np. homoseksualnych.

W przypadku przestępstwa zniesławienia (art. 212 kk) uproszczenie jest takie, że może ono dotyczyć konkretnej grupy osób. Nie jest zatem niezbędne zniesławienie jednej, indywidualnej osoby. Aby skutecznie przeprowadzić postępowanie karne, niezbędne jest złożenie prywatnego aktu oskarżenia. Dokument ten kwalifikowanym pismem procesowym i powinien zawierać określone w przepisach elementy.

Znaczy to de facto, że pokrzywdzony powinien samodzielnie zastępować prokuratora w procesie. Przyjęcie tego trybu osłabia działanie tych przepisów w praktyce

Podobnie sytuacja wygląda w przypadku przestępstwa znieważenia (art. 216 kk) – także należy wnieść prywatny akt oskarżenia. Różnica jest taka, że znieważyć można tylko konkretną osobę, a nie grupę osób.

Powyższe możliwości tylko szczątkowo chronią prawa osób LGBT. O ile można powiedzieć, że prawa osób dyskryminowanych z uwagi na przynależność narodową, etniczą, rasową, wyznaniową są chronione (kontrowersyjne może być ich stosowanie w praktyce) przez przepisy karne, o tyle brak powszechnej ochrony prawnej dla osób LGBT.

Powyższe sprawia, że Polska legislacja nie jest zgodna m.in. z Europejską Konwencją Praw Człowieka czy Międzynarodowym Paktem Praw Obywatelskich i Politycznych – pomimo ratyfikacji przez państwo polskie obydwu dokumentów.

Konwencja oparta jest na feministycznej ideologii gender, a na państwie przyjmującym Konwencję wymusza zmianę definicję płci z biologicznej na tzw. płeć społeczno-kulturową.

Takimi słowami zaczyna się jeden z apeli przedstawicieli ruchów określanych dumnie jako prolife. Tekst dotyczy dokumentu opracowanego w Radzie Europy czyli Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Osoby, które po lekturze Konwencji doznały wizji przedstawiającej Polskę jako apokaliptyczny zakątek opanowany przez gendeterrorystów powinny zostać uszanowane za nieprzeciętną wyobraźnię. I tylko za to. Wyobraźnia ta wynika, jak sądzę, z niczego innego jak z niewiedzy.

Człowiek od zawsze (począwszy nieznanych człowiekowi pierwotnemu ognia i błyskawic) bał się zjawisk i przedmiotów mu obcych, trudnych do objęcia rozumem. Tak również w średniowieczu wyrazem obaw ówczesnych władców było powstanie i działalność Świętej Inkwizycji i Świętego Oficjum, które zasłynęły zamordowaniem wielu osób przedstawiających poglądy nieznane średniowiecznemu establishmentowi. W ten sposób zginęli ówcześni wywrotowcy. Zresztą nie tylko. Osobistości takie jak Giordano Bruno, Gallileo Gallilei czy Jan Hus zginęły dlatego, że odważyły się myśleć jak na owe czasy nieszablonowo, w sposób nieosiągalny intelektualnie dla współczesnych.

Nieznanym zagadnieniom towarzyszył opór i niechęć ze strony osób i instytucji posiadających monopol na wiedzę i władzę. Ostoją tradycjonalizmu pozostawał od wieków Kościół niechętny wszelkim nowinkom czy to z dziedziny filozofii, medycyny czy nauk społecznych. Wszak jeszcze stosunkowo niedawno stosunek Kościoła do ingerencji chirurgicznych (transplantacja organów) był mówiąc eufemistycznie niechętny.

Towarzysząca gorączka myślowa związana z planami podpisania Konwencji wpisuje się w opisany powyżej schemat. Wina współczesnych komentatorów jest jednak większa. W mrocznych, teocentrycznych czasach średniowiecza i następujących bezpośrednio czasach nowożytnych refleksja nad stworzeniem, istnieniem i sensem życia człowieka groziła w najlepszym wypadku wykluczeniem ze społeczności, w najgorszym spaleniem żywcem na stosie. Milczenie lub aprobata dla działań konserwujących zaistniały system była więc uzasadniona głównie strachem.

Obecnie strach został zastąpiony przez lenistwo. Intelektualne lenistwo spotęgowane możliwością łatwego znalezienia tez potwierdzających własne stanowisko, wynikające najczęściej z wygodnictwa. Jeżeli człowiek odniesie w życiu porażkę, łatwo może sobie znaleźć tej porażki przyczynę. Nie chcą wydać mojego tomu poezji? Prawdopodobnie rynek wydawniczy zdominowali Żydzi. Szukając w sieci potwierdzenia takiej teorii, nie trudno trafić na stronę smutno wyglądających młodzieńców, jak żywo wyjętych ze sfilmowanego przez Leni Riefenstahl norymberskiego zjazdu NSDAP w 1935 roku.

Nie udało mi się podbić błyskotliwym pomysłem wolnego rynku? Wiadomo przecież, że Unia Europejska to spadkobiercy europejskich komunistów, niechętnych wolnej gospodarce i innowacyjnym ideom gospodarczym.

Rada Europy opracowała dokument mający w intencji chronić kobiety. Nie chce mi się tego przeczytać, więc stwierdzę, że Konwencja propaguje ideologię gender (która tak naprawdę nie istnieje, wystarczy sięgnąć do źródeł), związki homoseksualne i pedofilię. Wszak bardzo łatwo znajdę potwierdzenie dla tak postawionej tezy.

Tak jest najprościej. Znacznie trudniej jest znaleźć i przeczytać o co tak naprawdę chodzi. A o co chodzi?

Konwencja mówi, że „przemoc wobec kobiet jest manifestacją nierównego stosunku sił pomiędzy kobietami a mężczyznami na przestrzeni wieków który doprowadził do dominacji mężczyzn nad kobietami i dyskryminacji tych ostatnich, a także uniemożliwił pełną poprawę sytuacji kobiet.”

Dalej konwencja stanowi o strukturalnym (systemowym) podłożu nierównego statusu płci. Elementarna wiedza historyczna pozwala przyjąć, że powyższe zdania są po prostu prawdziwe. Od wieków kobietom odmawiano prawa zajmowania stanowisk równych mężczyznom, głosowania czy ubierania się w sposób dowolny. Dopiero na XX wiek ubiegłego tysiąclecia przypada rozwój ruchów emancypacyjnych. W Europie. W wielu miejscach świata nadal ta nierówność występuje, co jest szczególnie widoczne w krajach islamskich.

Dalej konwencja w preambule stwierdza, że „ Uznaje, że najwyższą troską, że kobiety i dziewczęta są często narażone na poważne formy przemocy takie jak: przemoc domowa, molestowanie seksualne, gwałt, małżeństwo z przymusu, tak zwane „przestępstwa w imię honoru” i okaleczanie narządów płciowych, które stanowią poważne naruszenie praw człowieka wobec kobiet i dziewcząt i główną przeszkodę w osiągnięciu równouprawniania kobiet i mężczyzn”.

Podstawowa wiedza o świecie współczesnym powinna prowadzić do wniosku, że powyższe zdanie jest truizmem. Stosunkowo niedawno, bo w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia, w Europie, na Bałkanach rozgorzał najokrutniejszy festiwal zbrodni wojennych od czasów II Wojny Światowej.

Na Bałkanach, czyli w sercu Europy. Masowe rzezie, gwałty i akty ślepego okrucieństwa. Potworne zbrodnie, których ofiarami padały osoby bezbronne, w tym często kobiety.

Będąc społeczeństwem cywilizowanym nie można pozostać obojętnym wobec zbrodni odbywających się obecnie również w innych miejscach świata. W 2009 roku iracki tłum w mieście Bashiqa ukamieniował nastoletnią Du'a Khalil Aswad. Jej jedynym przewinieniem było to, że chciała wyjść za mąż za sunnitę. Wśród morderców nie zabrakło członków jej rodziny.

Obecnie w takich krajach Europy jak Niemcy, Wielka Brytania czy Francja również corocznie dochodzi do kilkunastu „morderstw honorowych” rocznie. Przymus społeczny dokonania zabójstwa zmywającego hańbę rodzinną nie dotyczy wyłącznie więc wyłącznie krajów afrykańskich czy azjatyckich. Takie rzeczy dzieją się również w Europie. W związku z narastającą migracją, liczba takich zachowań może wyłącznie wzrosnąć.

Nie mniej brutalną i nieludzką praktyką coraz częściej spotykana w Europie jest infibulacja czyli przymusowe obrzezanie młodych kobiet. Niespełna 3 lata temu głośno zrobiło się o Wielkiej Brytanii, gdzie dokonanie tego zabiegu stało się na tyle popularne, że imigranci z innych krajów przyjeżdżali na Wyspy Brytyjskie aby dokonać tego powszechnego w pewnych społeczeństwach, aczkolwiek niepotrzebnego zabiegu. Taki specyficzny biznes.

Oczywiście nikt nie pyta kobiet czy aprobują taką ingerencję we własne ciało. Poza kontynentem europejskim zabieg ten jest dokonywany bez zachowania jakichkolwiek zasad higieny. Szacuje się, że w trakcie zabiegu (lub w wyniku jego powikłań) umiera około dwóch milionów kobiet rocznie.

„Zauważając, że stałe łamanie praw człowieka podczas konfliktów zbrojnych, dotykające ludność cywilną, przede wszystkim kobiety, przybierające formę systematycznego stosowania na szeroką skalę gwałtów oraz przemocy seksualnej, powoduje eskalację przemocy ze względu na płeć zarówno w trakcie konfliktu, jak i po jego zakończeniu.

Preambuła w swej treści bardziej skupia się wiec na ochronie fundamentalnych praw człowieka, a nie na rzekomej unijnej homopropagandzie. Cokolwiek by to określenie znaczyło.

Na jednym z portali internetowych skupiających konserwatywnych prawników, można znaleźć zdanie eksperta mówiącego, że konwencja sprowadza się do walki z tradycją, religią, rodziną i powszechnie pojmowanym małżeństwem, a ponadto skrycie podsuwa ideologię (?) „gender”. Konia z rzędem temu kto wyjaśni skąd „ekspert” wysnuł takie wnioski z lektury konwencji.

„Płeć społeczno- kulturowa oznacza społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet lub mężczyzn;

Powyższe pojęcie w ocenie przeciwników prowadzi do zmiany pojmowania płci w polskim systemie prawnym. Krytycy nie zauważają jednak, że obok tej definicji funkcjonuje w Konwencji pojęcie „płeć biologiczna” czyli oparta na biologicznym rozróżnieniu mężczyzn od kobiet. Niepoparte są niczym twierdzenia o wypieraniu tradycyjnego podziału na płeć żeńską i męską. Autorów krytyki zbyt daleko poniosła fantazja, albo po prostu nie przeczytali tekstu Konwencji.

Pojęcie płci społeczno-kulturowej oznacza jedynie schemat, który służy do zidentyfikowania jednostki w społeczeństwie i tym samym wzmacnia stereotypy dotyczące tradycyjnych ról człowieka. Nauka o tych stereotypach to jest właśnie owo mroczne i budzące powszechną grozę wśród konserwatystów gender.  

Bardziej kontrowersyjne z punktu widzenia krytyków może się wydawać pojęcie tożsamości płciowej, która jednak została już zdefiniowana jako brak zgodności płci oznaczonej przy urodzeniu z faktyczną tożsamością płciową rozwijającą się podczas dorastania człowieka.

Nie są to jednak pojęcia potajemnie przemycone do treści konwencji, lecz realny problem medyczny występujący u relatywnie niewielkiej liczby osób. Transwestyci oraz transseksualiści faktycznie istnieją w społeczeństwie i negowanie tego faktu wyłącznie z wygody i spokoju chrześcijańskiej duszy niczemu dobremu nie służy. Są to bowiem normalni członkowie społeczeństwa potrzebujący ochrony prawnej. Nie większej aniżeli reszta społeczeństwa - takiej samej, opartej wyłącznie na obiektywnych kryteriach i konstytucyjnej zasadzie równości wobec prawa.

Łatwo znaleźć głosy mówiące że ratyfikowanie Konwencji spowoduje rozpad tradycyjnie pojmowanego małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Konstytucyjny system źródeł prawa jasno jest wyrażony przez zasadę – na samym szczycie hierarchii stoi Konstytucja, następnie ratyfikowane umowy międzynarodowe i kolejno ustawy, rozporządzenia itd.

Większym zagrożeniem dla trwałości rodziny jest masowe wysyłanie dzieci przez natchnionych rodziców na marsze i wiece na których pociechy maszerują z transparentami „ Mamo, tato dziękuję, że żyję”. Jest to instrumentalnie wykorzystywanie najmłodszych, niemogących zrozumieć przekazu ideologicznego. To jest prawdziwe niebezpieczeństwo dla rodzin i młodych obywateli. 

„Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.”

Artykuł 18 Konstytucji jako najważniejszego aktu prawnego stanowi zatem, iż małżeństwem jest związek kobiety i mężczyzny. Żaden akt prawny niższego rzędu (jakim byłaby ratyfikowana konwencja międzynarodowa) nie mógłby zmienić definicji małżeństwa. Musiałaby w tym celu zostać zmieniona Konstytucja. Ewentualna zmiana konstytucji wymagałaby zgody 2/3 Sejmu oraz zgody bezwzględnej większości Senatu (w obydwu przypadkach w obecności co najmniej połowu składu izb).

Nawet w przypadku uchwalenia w ten sposób ustawy, grupa 92 posłów mogłaby skutecznie zażądać przeprowadzenia referendum ogólnokrajowego. Klub poselski PIS liczy obecnie 132 członków. Ustawa zmieniająca Konstytucję weszłaby zatem w życie wyłącznie w przypadku wyrażenia na to zgody przez ponad połowę głosujących powszechnie obywateli RP.

Kryteria niezwykle trudne. Dość łatwo dostrzec, iż grożenie zmianą definicji małżeństwa niewiele ma wspólnego z realnymi możliwościami politycznymi którejkolwiek formacji partyjnej.

Analizując argumenty przeciwników Konwencji nie sposób oprzeć się wrażeniu, że opierają się wyłącznie na niewielkiej części problematyki poruszonej w tym dokumencie. Krytycy nadmiernie uwypuklają aspekt przemocy domowej oraz problem alkoholu, natomiast zupełnie pomijają to, że konwencja dotyczy także zagadnień o charakterze uniwersalnym i ponadnarodowym. Brutalne traktowanie kobiet w niektórych krajach Afryki i Azji (a także coraz częściej w Europie) nie ma wyłącznie podłoża alkoholowego czy domowego – jak chcieliby to niektórzy krytycy.

Oczywiście nikt nie chce bagatelizować problemu spowodowanego nadmiernym spożyciem alkoholu, niemniej jednak przeciwdziałanie alkoholizmowi i ochrona przeciw przemocy domowej znajduje już pewne odzwierciedlenie w obowiązujących przepisach. Większym problemem jest więc opieszałe realizowanie mechanizmów ochronnych aniżeli niedostateczna regulacja prawna.

Inaczej natomiast wygląda sytuacja w dziedzinie europejskiego dorobku prawnego skupiającego się na powszechnej ochronie kobiet przed przemocą powodowaną pobudkami politycznymi, filozoficznymi czy religijnymi. W tej dziedzinie dotychczas występowała pewna luka, którą zapełnić ma właśnie Konwencja Rady Europy.

Według raportu jednej z europejskich agencji, corocznie przemocy, w tym przemocy seksualnej doświadcza kilkadziesiąt milionów kobiet. W Polsce, według różnych badań około 4 mln kobiet pada ofiarą przemocy fizycznej, około 2 mln przemocy na tle seksualnym. Tego typu statystykom przeciwdziałać ma ratyfikowanie Konwencji. Zamiast tego, przeciwnicy dostrzegli złowrogiego ducha gender i wezwali do bojkotu tego dokumentu. Kościół katolicki wyraził ponadto pogląd, iż Konwencja promuje neomarksizm. Najlepiej pozostawić tę opinię bez komentarza.

„Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.”

Niektórzy adwersarze Konwencji zarzucają, iż jest ona niezgodna z wyżej przytoczonym art. 25 ust. 2 Konstytucji RP. Doszukując się w preambule znaczeń, które godziłyby w Konstytucję potrzeba sporej dawki intelektualnej ekwilibrystyki okraszonej niestety brakiem zdrowego rozsądku.

Patrząc na to z drugiej strony można stwierdzić, że każdy akt prawny niesie potencjalne, najczęściej nierealne, zagrożenia. Zawierając bowiem w Konstytucji wzmiankę o roli Kościoła katolickiego można wysnuć daleko idący wniosek o poparciu legislatorów dla dyskryminacji religijnej. Zawierając w Konstytucji wzmiankę o małżeństwie jako związku kobiety i mężczyzny doszukać się możemy dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Jest to oczywiście pozbawione sensu, natomiast doskonale wskazuje na możliwość myślowej abberacji w każdym kierunku. Zależy to wyłącznie od fantazji autora takich wniosków.

Patrząc jednak na preambułę Konwencji zdroworozsądkowo i wyłącznie przez pryzmat rozumnego myślenia dochodzi się do wniosku, że:

a) kobiety niestety na przestrzeni wieków były gorzej traktowane;

b) najczęściej było to związane ze sprowadzeniem roli kobiety do pomocnicy mężczyzny;

c) dobrze byłoby ten stan zmienić.

Na jednym z portali znaleźć można skądinąd zabawne stwierdzenie o tym, że Konwencja ma służyć dyskryminacji mężczyzn i lekceważenie problemu przemocy kobiet wobec mężczyzn. Fakt taki na pewno w pewnych okolicznościach występuje. Skala obydwu zjawisk jest jednak absolutnie odmienna. Nie wiem czy mianem problemu ogólnospołecznego można określić przemoc kobiet wobec mężczyzn.

Według pewnego grona konserwatywnych prawników Konwencja budzi wątpliwości z punktu widzenia zasady równości wobec prawa oraz równości płci, gdyż wyraźnie ogranicza jej zakres, uznając przemoc domową za dotykającą głównie kobiety. Tym samym – zdaniem przeciwników Konwencji - mamy do czynienia z aktem prawnym, którego beneficjentami mają być w rzeczywistości wyłącznie kobiety, co jest niezgodne z art. 32 i 33 Konstytucji.

Idąc dalej tym dość osobliwym tokiem rozumowania można stwierdzić, że uregulowania kodeksu pracy dotyczące urlopu macierzyńskiego czy przerwy na karmienie piersią są podobnie niekonstytucyjne albowiem uprzywilejowują wyłącznie kobiety. Nonsens, jednak źródło obydwu byłoby podobne i wynikałoby z bezrozumnego interpretowania zapisów Konstytucji i pojmowania zasady równego traktowania.

Nie jest natomiast absurdalne i nierealne stwierdzenie faktu, iż kobiety są w Polsce i Europie narażone na cierpienia i przemoc, w tym przemoc domową. Jeżeli zatem występuje faktycznie nierówność w tym zakresie, należy temu przeciwdziałać.

Potrzeba naprawdę złej woli aby dostrzegać demony wszędzie tam gdzie ich nie ma. Wynika to z głupoty, złej woli, albo intelektualnego lenistwa. Doprawdy trudno rozstrzygnąć co w tym przypadku jest najgorsze.

Kategorie Bloga

popup

PrawoPlakat 1B600