Weto, które nie było niespodzianką. Co dalej z prawami par jednopłciowych w Polsce?

Weto, które nie było niespodzianką. Co dalej z prawami par jednopłciowych w Polsce?

17 lipca 2026 roku prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu – pierwszą w historii polskiego parlamentu regulację, która pozwalałaby formalizować związki, w tym związki jednopłciowe. Decyzja nie zaskoczyła nikogo, kto śledził wcześniejsze zapowiedzi prezydenta i jego otoczenia. Ale to, że coś jest przewidywalne, nie znaczy, że jest mniej bolesne.

Ustawa nie tworzyła małżeństw ani niczego, co formalnie by je przypominało. Dawała dwóm dorosłym osobom możliwość zawarcia przed notariuszem umowy regulującej ich wspólne życie – między innymi kwestie ubezpieczenia zdrowotnego, informacji medycznej czy dziedziczenia. Prezydent i jego otoczenie mówili jednak wprost, że w ich ocenie to "quasi-małżeństwo", które w praktyce zrównuje związki partnerskie z małżeństwem i narusza artykuł 18 konstytucji, chroniący małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Padły też słowa o "efekcie domina" – od związków partnerskich, przez uznawanie zagranicznych małżeństw jednopłciowych, aż po adopcję dzieci.

Warto przy tym pamiętać, że nastroje społeczne wyglądają zupełnie inaczej niż język tej debaty. Z badania przeprowadzonego na początku czerwca 2026 roku przez SW Research na zlecenie Kampanii Przeciw Homofobii wynika, że podpisania ustawy chciało ponad trzy razy więcej osób niż jej zawetowania, a prawie 80 procent badanych uznało, że status par jednopłciowych powinien być prawnie zabezpieczony. Weto nie wynika więc z braku poparcia społecznego – wynika z decyzji politycznej.

Co naprawdę oznacza brak prawnego uznania związku

Dla osób spoza społeczności LGBTQ brak takiej ustawy bywa abstrakcją – kolejnym punktem sporu w telewizyjnych studiach. Dla par jednopłciowych to codzienność zbudowana na prowizorce. To brak automatycznego prawa do informacji o stanie zdrowia partnera czy partnerki w szpitalu. To konieczność sporządzania kosztownych, indywidualnych pełnomocnictw i testamentów, żeby zapewnić sobie namiastkę ochrony, którą małżeństwa mają z mocy prawa. To brak prawa do renty rodzinnej, brak wspólnego ubezpieczenia zdrowotnego, brak jasnego statusu w sytuacjach kryzysowych – wypadku, pogrzebu, choroby.

To wszystko dzieje się na tle realnych przemian demograficznych. Z Narodowego Spisu Powszechnego z 2021 roku wynika, że w ciągu dekady ubyło w Polsce 800 tysięcy rodzin, spada liczba małżeństw, a rośnie liczba związków nieformalnych. Polskie prawo rodzinne coraz bardziej rozjeżdża się z tym, jak ludzie faktycznie żyją – i to niezależnie od orientacji psychoseksualnej. Weto nie tylko utrzymuje ten rozdźwięk dla par jednopłciowych, ale demonstracyjnie zamyka drzwi nawet do najskromniejszego, czysto administracyjnego rozwiązania.

Zmęczenie zamiast mobilizacji – i co to oznacza przed wyborami

Paradoksalnie, kolejne odrzucone projekty nie napędzają fali protestów, tylko pogłębiają zmęczenie i wycofanie. Po latach obietnic wyborczych, komisji sejmowych i kolejnych "historycznych szans", które kończą się wetem, coraz trudniej o autentyczną nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Zamiast mobilizować, taki cykl uczy bezradności – a to prostsza droga do politycznej apatii niż do zaangażowania.

Widać to też po reakcjach części środowisk politycznych, które wcześniej deklarowały poparcie dla związków partnerskich. Lider Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty zasugerował, że temat związków partnerskich powinien wrócić dopiero po najbliższych wyborach parlamentarnych, w kolejnej kadencji. Dla wielu osób z społeczności to sygnał, że nawet sojusznicy traktują ich prawa jako temat odkładany na potem, gdy tylko robi się politycznie niewygodny.

To rodzi trudne pytanie o strategię na przyszłość. Z jednej strony zmęczenie i poczucie, że "i tak nic się nie zmieni", realnie osłabiają frekwencję i zaangażowanie w kampanie na rzecz równości. Z drugiej – to właśnie wybory parlamentarne pozostają najbardziej realnym narzędziem zmiany, bo to od składu Sejmu i Senatu, a pośrednio i od przyszłej prezydentury, zależy, czy podobna ustawa w ogóle będzie miała szansę wejść w życie bez weta. Rezygnacja z zaangażowania w tym momencie oznacza w praktyce oddanie pola tym, którzy o prawach par jednopłciowych decydują już teraz – bez pytania zainteresowanych o zdanie.

Nie ma prostej recepty na to zmęczenie. Ale warto pamiętać, że każde odłożenie tematu "na następną kadencję" jest decyzją polityczną, a nie prawem natury – i że kolejne wybory parlamentarne będą okazją, by tę decyzję podważyć, jeśli społeczność i jej sojusznicy zdecydują się w nich aktywnie uczestniczyć, zamiast machnąć ręką.